Marian Olszewski
Fort VII w Poznaniu
1971, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań

powiązane osoby —

  • Dopływ więźniów do Fortu przez wszystkie lata odbywał się zawsze jednakową drogą. Punktem zbornym aresztowanych była siedziba Gestapo w Poznaniu, gdzie kompletowano konwoje więźniów. Następnie dowożono ich, przeważnie krytymi samochodami, do bram Fortu. Ta regularna niemal linia przywozu dostarczała jednorazowo około czterdziestu więźniów, czasem kilka razy w tygodniu, a niekiedy codziennie. Konwojentami każdego transportu byli gestapowcy lub esesmani, nierzadko w liczbie kilku lub więcej osób. Trasa i godziny przewozu były zmienne, przeważnie jednak odbywały się najkrótszą drogą – przez miasto, we wczesnych godzinach rannych, lub późnym wieczorem, gdy ustał ruch uliczny. Przy bramie obozowej sprawdzano listę przewozową i wystawiano konwojentom, pokwitowanie odbioru więźniów.

    Przybysze docierali do Fortu w okropnym stanie. Niekiedy trzymani byli dłuższy czas w siedzibie Gestapo na przesłuchaniach, przybywali więc do Fortu głodni, brudni i skatowani.

    Moment ich przyjęcia do Fortu nosił przy tym charakter swoistego ceremoniału obozowego. Miejscem przyjmowania aresztowanych był niewielki placyk między bramą a głównymi zabudowaniami fortecznymi. Wkroczenie na ten teren następowało w biegu, wśród bicia, przekleństw, wrzasków esesmanów i ujadania psów. Rewizja, której potem dokonywano, polegała na ograbieniu więźniów z ich majątku osobistego. Przerażonych scenerią obozu i szczutych psami wpędzano następnie do budynku fortecznego. W głównym korytarzu ustawiano wszystkich nowo przyjętych twarzą do ściany. Więźniowie dręczeni ustawicznie przez oprawców, sterczeli tak całymi godzinami. Niektórzy doznali tu pierwszych krwawych obrażeń. Plucie na aresztowanych, lżenie ich, grożenie im śmiercią, kopanie, bicie ciężkimi przedmiotami i przede wszystkim uderzanie głową o mur zaliczało się tutaj do regularnie praktykowanych metod szykanowania więźniów. Do ciężkich potłuczeń dochodziło także przy pędzeniu nowo przyjętych przez korytarze do cel. Podczas schodzenia po schodach, w dół mrocznych kazamatów, spadały na oszołomionych ludzi ciosy pałek, pejczów i kolb, niczego nie spodziewających się więźniów kopano w tułów tak brutalnie, że staczali się po betonowych stopniach, raniąc siebie i innych.

    Niekiedy, gdy brakło miejsca w Forcie, lokowano przybyłych więźniów w bunkrach na koronie wałów, gdzie stłoczeni, w zimnie i głodzie czekać musieli po kilka dni na inne locum w obozie.

    Marian Olszewski, Fort VII w Poznaniu, Wydawnictwo Poznańskie, 1971, s. 41
  • Charakterystyczny w Forcie był ustawiczny ruch więźniów. Codziennie we wczesnych godzinach rannych zabierano z cel ustalonych według listy więźniów i autami policyjnym wywożono na przesłuchania do siedziby Gestapo w Poznaniu. Pod wieczór przywożono z powrotem bestialsko skatowane ofiary. Wiele osób nie przeżyło śledztwa lub z innych nie znanych przyczyn do Fortu już nie wracało.

    Często zabierano z cel pojedynczych więźniów, a także całe grupy aresztowanych i wywożono w niewiadomym celu, lecz w takich okolicznościach, które nie wskazywałyby na wywóz transportem śmierci, ślad jednak po tych więźniach urywa się zupełnie. Duże ubytki w stanie więźniów czyniły omówione już wcześniej akcje likwidacyjne.

    Największe jednak liczby więźniów formowano okresowo w transporty i kierowano do obozów koncentracyjnych oraz więzień. Decyzja o przekazaniu więźnia do innego miejsca kaźni zapadała w Gestapo. Terminy każdorazowych transportów musiały być częste, ponieważ Fort stale cierpiał na brak miejsca. W każdym razie gdyby nie systematyczny wywóz aresztowanych do obozów koncentracyjnych, Fort nie pomieściłby wszystkich więźniów.

    Marian Olszewski, Fort VII w Poznaniu, Wydawnictwo Poznańskie, 1971, s. 74
  • Przebieg formowania transportów był koszmarem. Więźniowie opisują, że akcja przygotowawcza przebiegała nocą i niekiedy ciągnęła się przez cały następny dzień. Najpierw wywoływano więźniów z cel, potem wśród bicia i przekleństw wydawano im z magazynu wszelką własność osobistą, a następnie przepędzano w kotlinkę między wałami gdzie formowani byli w kolumny transportowe.

    We wspomnieniach Kazimierza Utraty czytamy: »Na odjezdne dano każdemu trzy czwarte litra zupy. Zupę tę przynieśli nam SS-mani w wiadrze, w którym załatwiali swe potrzeby fizjologiczne (Schutzhäftling No 5255. Dachau. W: »Wola Ludu« nr 67 z 1945 r. Także Archiwum Referatu Historii Partii (dalej cyt. ARHP) Poznań, t. 78, poz. 4, teka osobowa K. Utraty). Godny uwagi jest również szczegół, który zanotował — przy opuszczaniu Fortu transportem, w październiku 1940 r. — więzień Zdzisław Chudziński. Pisze on: »kazano [mi] podpisać formularz, który głosił, że opuszczam Fort VII w Poznaniu i nie wolno mi nigdy opowiadać o tym, co widziałem i co słyszałem i przeżyłem w tym obozie. W razie przekroczenia zakazu grożono powtórnym zamknięciem w Forcie VII, tym razem na zawsze«. (Wspomnienia młodzieży wielkopolskiej…, op. cit., s. 208).

    W atmosferze lęku i niepewności więźniowie do końca nie orientowali się czy jadą na śmierć, czy na powolną zagładę. Cały Fort nie spał i był każdorazowo poruszony do żywego, gdy kompletowano transport.

    Późnym wieczorem ładowano więźniów na kryte ciężarówki i wieziono przeważnie na łazarski dworzec towarowy. Transportom towarzyszyła zawsze silna eskorta uzbrojonych esesmanów. Na rampie kolejowej ładowano więźniów do bydlęcych wagonów. Ciasnota i tłok w wagonach były tak wielkie, że więźniowie siedzieli na podłodze na zmianę. Nie dysponujemy co prawda listami przewozowymi, ale na podstawie losu więźniów, którzy pozostali przy życiu, można stwierdzić, że z Fortu VII kierowano do wszystkich większych obozów i więzień Rzeszy. Pierwsze transporty, gdzieś do połowy 1940 roku, wysyłano przede wszystkim do Dachau na terenie Bawarii oraz do Ravensbrück na terenie Meklemburgii. Potem transporty kierowano zarówno do obozów znajdujących się na terenie Rzeszy do Buchenwaldu, Gusen, Mauthausen, Sachsenhausen (zw. Sachsenhausen-Oranienburg) — jak i do obozów leżących na ziemiach polskich — do Oświęcimia (Auschwitz), Rogoźnicy (Gross Rosen), Sztutowa (Stutthof) i innych — a także do więzień w Poznaniu, we Wronkach, Rawiczu, Berlinie, Halle, Lipsku, Wrocławiu, Zwickau i innych.

    Podróż więźniów z Poznania do miejsca przeznaczenia odbywała się w najokropniejszych warunkach. Transporty konwojowali esesmani. Pociągi wlokły się niekiedy całą dobę. W szczelnie zamkniętych wagonach panował zaduch, było gorąco lub zimno. Więźniowie mdleli z braku powietrza i wody. Do stacji docelowej dojeżdżali żywi z martwymi.

    Marian Olszewski, Fort VII w Poznaniu, Wydawnictwo Poznańskie, 1971, s.74
  • Jesienią 1941 roku, prawdopodobnie ze względu na dotkliwy brak miejsc dla więźniów, zamierzano przystąpić do rozbudowy obozowych pomieszczeń. W listopadzie miejski urząd budowlany przedłożył Gestapo propozycje budowlane w tej sprawie. Projektowano wzniesienie na terenie Fortu dwóch drewnianych baraków z przeznaczeniem dla więźniów, jednego o wymiarach 16 X 6 m i drugiego — 25 X 7 m. Ale niemal równocześnie z tym zeszły się starania Wehrmachtu o odzyskanie Fortu jako obiektu militarnego. Rozmowy stron na ten temat oparły się o władze centralne. Ostatecznie w połowie 1942 roku zapadła decyzja nakazująca Gestapo przekazanie Fortu wojsku, ze względu na potrzeby wojenne frontu wschodniego. Ponieważ jednak poszukiwania nowego obiektu na obóz przeciągały się, sprawa opuszczenia Fortu utknęła przez cały 1942 rok na martwym punkcie. Ewakuację pomieszczeń obozowych rozpoczęto dopiero wiosną roku 1943, gdy prace nad nowym obozem w Żabikowie były już zaawansowane. W marcu wywieziono z Fortu do Żabikowa pierwszy transport więźniów — mężczyzn. Przeprowadzka trwała jednak rok. Dopiero wiosną 1944 roku ewakuowano do Żabikowa więźniarki i obóz w Forcie przestał ostatecznie istnieć. 

    Zgodne zeznania świadków stwierdzają, że długotrwała przeprowadzka była równocześnie procesem starannego zacierania śladów istniejącej katowni. Więźniowie poci nadzorem esesmanów byli zatrudniani przy niszczeniu zbędnych akt kancelarii obozowej, usuwano z Fortu wszelkie wyposażenie obozowe, przenoszono do Żabikowa sprzęt i urządzenia biur, komendantury i mieszkań personelu obozowego. Kobiety pracowały przy porządkowaniu cel i korytarzy, zajmowały się zmywaniem napisów pozostawionych przez więźniów na ścianach więzienia. Kiedy wiosną 1944 roku zabudowania Fortu przejęła wojskowa fabryka sprzętu telegraficznego pod nazwą »Telefunken Gesellschaft für drahtlose Telegraphie«, Fort był oczyszczony z wszystkiego, co kojarzyłoby go z miejscem potwornej katorgi i zbrodni na tysiącach bezbronnych Polaków.

    Marian Olszewski, Fort VII w Poznaniu, Wydawnictwo Poznańskie, 1971, s. 77